background
logotype
image1 image2 image3

Domy nad łąkami w pamięci i sercu

 

W październiku 2013 roku wraz z Zespołem Literackim Ekumenicznego Uniwersytetu Trzeciego Wieku odwiedziliśmy Muzeum im. Zofii i Wacława Nałkowskich w Wołominie.

Skąpany w blasku jesiennego słońca ogród, prowadził nas szerokim podejściem i schodami do małego, drewnianego, starego domu na górce. Ten ciekawy dom, otoczony jest bogatym drzewostanem: dębów, klonów, brzóz, olch i bzów w sąsiedztwie dorodnych sosen. Po przeciwnej stronie wejścia, za domem, rozciąga się teren zielonych łąk schodzących zboczem w dół ku w oddali widniejącym zabudowaniom. Co prawda obraz ten przesłaniają liczne stare drzewa. Jestem inż. ogrodnikiem z zawodu, dlatego też moja dusza miłośnika przyrody, zobaczyła oczami wyobraźni, rozciągające się rozległe łąki pełne słońca i kwiatów, które musiały kształtować charakter i osobowość przyszłej pisarki.

 

Na progu domu wita nas umówiona z nami adiunkt Agata Sobczak. W sposób nadzwyczaj interesujący, przybliża nam sylwetki mieszkańców domu rodzinnego Zofii Nałkowskiej, zwanego przez najbliższych „domem nad łąkami”.

Został zbudowany w połowie lat dziewięćdziesiątych XIX wieku przez Wacława Nałkowskiego. Ojca Zofii, wybitnego geografa, pedagoga, publicystę i krytyka literackiego. Miał pełnić rolę domu letniskowego, ale początkowo rodzina Nałkowskich, ze względów finansowych, zamieszkała w nim na prawie trzy lata. W tym domu nie tylko odpoczywali, ale przede wszystkim tworzyli, zarówno Wacław Nałkowski jak i jego obie córki Zofia i Hanna. Prawdopodobnie Nałkowscy, byli pierwszymi letnikami w Wołominie.

Rodzinny dom Zofii w latach późniejszych, pełnił rolę salonu literackiego, bywali tu znani poeci, pisarze i artyści. Ze względów finansowych w 1937 roku dom został sprzedany.

Różne były jego koleje losu po sprzedaży: wyremontowany, miał być domem dla letników, w czasie II wojny światowej wszedł w obręb getta wołomińskiego, po wojnie zamieszkały przez przypadkowych lokatorów.

Muzeum w Wołominie otwarto 29 X 1992 roku udostępniając zwiedzającym pięć pokoi, w których prezentowane są kolejne okresy życia i twórczości Zofii, gabinet jej ojca Wacława oraz rzeźby siostry Hanny.

Ilekroć przekraczałam próg Muzeum, oddychałam atmosferą tamtych lat, wiernie oddanych przez zgromadzone tu pamiątki, fotografie, resztki wspaniałego księgozbioru Zofii. Oprócz fortepianu i biurka, które były wyposażeniem wnętrza domu pisarki, pozostałe meble pochodzą z epoki, ale nie należały do rodziny Nałkowskich.

Zauroczeni tym miejscem, podobnie jak autorka „Domu nad łąkami”, chętnie wracaliśmy tam myślami i wiosną, ponownie odwiedziliśmy ten zabytek, aby zobaczyć piękno pełnego rozkwitu przyrody otaczającego ogrodu i wczuć się w atmosferę tamtych lat dzieciństwa i życia dorosłej już Zofii.

Udaliśmy się do Wołomina 15 maja 2014 roku w dzień imienin naszej pisarki. Pani kustosz muzeum Marzena Kubacz wraz z adiunkt Agatą Sobczak przygotowały nam miłą niespodziankę. Przy pięknie zastawionym stole z kawą, herbatą i ciasteczkami, wysłuchaliśmy wykładu na temat Dom nad Łąkami. Lepszej scenerii   nie można było sobie wyobrazić. Również tego dnia zwiedziliśmy wystawę przygotowaną z okazji 130. rocznicy urodzin i 60. rocznicy śmierci Zofii Nałkowskiej. Temat  wystawy ”Ciało i styl”. Na czarno – białych fotografiach sylwetki kobiet i cytaty na ich temat, zaczerpnięte z takich książek autorki jak: „Kobiety”, „Romans Teresy Hennert” i „Granica”.   

Zofia Nałkowska urodziła się w Warszawie w 1884 roku. Pierwszy rok życia spędziła jednak w Niemczech, gdzie wraz z matką Anną towarzyszyły Wacławowi, który po ukończeniu uniwersytetu w Krakowie, wyjechał jeszcze na studia do Lipska. Był tam słuchaczem Richthofena. Matka Zofii wychowywała córkę i jednocześnie studiowała geografię wraz z mężem.

Wacław Nałkowski był człowiekiem o szerokich horyzontach intelektualnych i postępowych poglądach społecznych. Był wzorem, przewodnikiem duchowym młodej Zofii, wywarł ogromny wpływ na jej światopogląd oraz pisarskie zainteresowania, był największym autorytetem i mentorem pisarki. Śmierć ojca była dla Zofii wielką traumą, z którą nie mogła się pogodzić do końca życia. Z matką łączyła ją szczera, bezgraniczna, oddana miłość, natomiast z ojcem, miłość, podziw, szacunek.

Zofia Nałkowska zaczyna pisać, prowadzi dziennik już w 1896 roku, gdy zamieszkuje z rodzicami w Wołominie; debiutuje gdy ma 16 lat wierszem „Pamiętam” a prozą dopiero w 1904 roku powieścią „Lodowe pola”.

W całym dorobku pisarskim Nałkowskiej „Dom nad łąkami”, który powstał w 1925 roku, zajmuje szczególne miejsce. Jest to najbardziej autobiograficzna powieść pośród napisanych przez nią. „Dom nad łąkami” to specyficzny rodzaj pamiętnika, zawężonego pola widzenia: „był dom,  był las, trochę zwierząt – a poza tym już tylko psychologia”. Utwór przybiera postać wspomnień z lat dziecięcych, świat odbity w oczach, w bardzo młodych oczach, sprawy domowe, drobne powszednie wypadki, nowinki o nowych sąsiadach wyczerpują treść anegdotyczną. Ale w rzeczywistości jest to realistyczna metoda twórcza, celowość i celność każdego zdania, skromność środków, optimum wzruszenia, prostota – to rezultat pełnej wiedzy artystycznej, intelektualnego opanowania formy.

Na kartach powieści poznajemy sąsiadów, których spotykały w swoich wędrówkach siostry Nałkowskie, gdy ciekawe przemierzały okolicę.

Pierwsza napotkana osoba to Millerowa, której mąż był zdunem, znanym w całej okolicy. Ich dobytek to drewniany domek, który dał się przenosić w miarę potrzeby w inne miejsce. Smutna była historia tej rodziny i wkrótce należała do przeszłości. To miejsce zmienił do niepoznania nowy właściciel – pan Fersen. Starszy pan wybudował drewnianą willę z ażurowymi balkonikami i pięknym ogrodem wokół. Sam pielęgnował kwiaty, szczególnie róże, którymi chętnie obdarowywał sąsiadów. Często na lato przyjeżdżała do niego wnuczka Sylwia. Dawała ona lekcje francuskiego dzieciom i dorosłym z sąsiedztwa.

Rodzina Dziobaków to kolejni sąsiedzi Nałkowskich. Pani Dziobakowa sama prowadziła wzorowo małe, ale z dużą ilością zwierząt, gospodarstwo: psy, koty, kury i prosię uwiązane za nogę do drzewa, w obawie przed ucieczką. Nawet kura kwoka była uwiązana za nogę co wzbudzało wielkie zdziwienie młodych panien Nałkowskich. Smutne losy tej rodziny doprowadziły do tego, że wkrótce gospodyni została sama. Po niedługim czasie wyszła ponownie za mąż za młodszego od siebie cieślę z Warszawy. Nikt nie znał nazwiska jej męża, więc szybko wszyscy zaczęli nazywać go nowym Dziobakiem. Gospodyni obarczona dużym gospodarstwem, zaczęła chorować i wkrótce zmarła. Dziobak nie dawał sobie sam rady w gospodarstwie, ponownie się ożenił i życie zaczęło płynąć jak dawniej z tym, że byli już młodsi Dziobakowie.

Kolejna poznana rodzina to Kwietniowie. Stary Kwiecień był stróżem na torfowisku. Mieszkali w lichej chacie krytej papą, z czwórką dzieci: dwoma chłopcami i dwiema dziewczynkami. Starsza Magda przysparzała  rodzicom wiele problemów wychowawczych. Mówili, że prowadziła się niemoralnie, że „błądziła z miłości”. W wieku siedemnastu lat urodziła pierwszego syna Tytusa, którego ojcem był stary gajowy. Ta szaleńcza namiętność Magdy doprowadziła do tego, że był on ojcem jeszcze kilkorga jej dzieci.

Z upływem lat sąsiedzi się zmieniali. Rodziny Wiłów, potem Szcześniaków, nastawały w ich bliskim sąsiedztwie. Zofia Nałkowska bliżej poznała panią Nowakową, ponieważ przynosiła im mleko ze swego gospodarstwa, w którym były konie, krowy, świnie. Gospodarstwa z piękną łąką i dużym klinem lasu. Jedyna córka Nowaków wyszła za mąż za pana Sąda, prostego ale robotnego chłopa. Dostali od rodziców kawałek ziemi i zaczęli samodzielnie gospodarować. Za Nowakami i Sądami leżało gospodarstwo Perguła, na którego gruntach były liczne kolonie rodzin: Brackich, Dziobaków, Fuśniaków oraz dom pana Ferensa.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam stary drewniany dom rodziny Nałkowskich, wywarł na mnie duże wrażenie a jednocześnie jakże miłe skojarzenia z moim domem na działce. Obydwa powstały, by być domami letnimi i są podobnie usytuowane na pagórkowatym terenie, otoczone z trzech stron starymi lasami.

Dlatego też, postanowiłam porównać te dwa domki w otoczeniu pięknej przyrody, tak umiłowanej przez pisarkę i miłośniczkę jej powieści, autorkę tego opowiadania.

A oto jak pisarka wspomina powstanie swojego domu. Jaki był sam początek ukochanego przez nią miejsca.

Szli drogą piaszczystą od wsi wśród żółtego łubinu w kierunku najbliższego lasu, który gdy wchodzili w jego głąb stawał się coraz piękniejszy, a wzgórza leśne i sosny coraz większe.      I doszli na ostatnią, tę właściwą górę z której rozciągał się cudowny widok na łąki nie mające sobie podobnych, pełne słońca i kwiatów, ze smugami olszowych krzaków, które dopełniały całości.

Ten zaczarowany zakątek leśny, górujący nad łąkami stał się wkrótce siedliskiem pod dom Nałkowskich. Dom był drewniany, otoczony klonami, jesionami. Dom dziecięcych marzeń i najdroższych wspomnień: „(…) o domu mój drogi, najbliższa łez tęsknota moja jest zawsze przy tobie!(…) dom swój i przystań ostatnia”. Ciekawa świata i ludzi Zofia z siostrą Hanną wędrowały przez okolicę poznając ludzi i ich zagrody.

Nałkowscy utrzymywali bardzo dobre stosunki z sąsiadami, ale nie przyjaźnili się z nimi.

Młode panny Nałkowskie podziwiały przyrodę, tę dziką wręcz naturę, w rozpadlinach łąk i rowów, gdzie wiosną płynęły wody, kwitły przykuwające oczy kaczeńce, najpiękniejsze gdy „ w wodzie odbijały się chmury granatowe a one razem z jasną, młodziutką trawą wodną, wyglądały tak jakby wciąż jeszcze świeciło słońce”. A kwitnące zjawiskowe sasanki, były ich ulubionymi wiosennymi kwiatami, zwiastującymi nadejście upragnionej pory roku.

Dużym zainteresowaniem darzyły małe zwierzątka napotykane w ogrodzie, na pobliskich łąkach i w rowach: wiewiórki, zające, łątki, kijanki, żaby, koniki polne.

Minęły długie lata życiowych podróży, oglądania miast, wsi, widoków piasków nadbrzeżnych i mórz, uroków przyrody południa. Jednak po powrocie, widok z domu nad łąkami na rozległą zieleń lasu na horyzoncie był wciąż najpiękniejszy, pomimo wielu zmian wokół.  Lasy przerzedły, wspominała pisarka, widać było pomiędzy wysokimi parkanami domki i wille a także było już słychać odgłosy życia wokół tych domów. Głęboko utkwiły w pamięci Nałkowskiej zniszczenia łąk, jakich dokonały kozy, które przywieźli ze sobą do Wołomina  Żydzi, prowadzący w miasteczku interesy i sklepy. Po kilku latach, gdy zaroiły się zagrody od kóz, nastąpiło spustoszenie terenu, lasy i łąki utraciły zieleń i poszycie, a okolica jakby zszarzała. Z biegiem lat gospodarze się zmieniali, przybywało nowych domów i nowych sąsiadów.

Drewniany dom na działce, zawsze był  moim marzeniem. Uważałam, że taki dom ma charakter, ma duszę i wraz z ogrodem pełnym drzew i kwiatów, może dać ciepło, relaks i wypoczynek.

We wsi Królewo koło Płońska, znalazłam się zupełnie przypadkiem. W tym pięknym leśnym zakątku z rzeką Wkrą wijącą się licznymi zakolami pośród łąk i lasów, mój syn miał przyszłych teściów. Tak więc w czerwcowy, słoneczny weekend 1990 roku, przyjechałam wraz z mężem do Królewa. Miejsce to urzekło mnie od razu. Lasy, łąki, zieleń i rozbrajająca cisza, to dla warszawiaków raj, oaza spokoju. Właśnie w tym czasie myśleliśmy o działce, gdzie można by było przyjeżdżać na lato, podobnie jak Nałkowscy. I to było to miejsce, którego szukaliśmy. Zaczęliśmy rozpytywać gospodarzy we wsi. Skierowano nas do Ryszarda Rzepeckiego, który miał do sprzedania bardzo duży, prostokątny pas ziemi z pięknym ukształtowanym skłonem od drogi ku górce, gdzie w sąsiedztwie znajdowały się dwa inne całoroczne gospodarstwa, położone po naszej wschodniej stronie. Oczywiście chcieliśmy kupić tylko część pola, około 0,5ha powierzchni. Byliśmy tymi, którzy swoją działką, podobnie jak Nałkowscy, rozpoczynali parcelację pola z ziemią bardzo słabej klasy V i VI, a więc piaski i niezbyt wielka możliwość realizacji ciekawych nasadzeń i uprawy wymarzonych roślin.

Na początku była to łąka i gdzieniegdzie samotne źdźbła z kłosami lichego zboża, które rosło poprzednio na tym polu, a dalej łąki, bujna zieleń traw, chabry i kąkole w zbożu, i kwiaty łąk białe, żółte i różowe dopełniały palety kolorystycznej. Z trzech stron działka nasza otoczona była lasem. Od zachodu, od strony piaszczystej drogi, która kiedyś prowadziła do starego młyna nad rzeką, był prywatny las przylegający do dużego gospodarstwa rolnego Brzeszkiewicza z hodowlą krów i innych zwierząt gospodarskich.

Dotychczasowy gospodarz Ryszard Rzepecki pomagał nam w zagospodarowaniu działki, wówczas my jeszcze pracowaliśmy, mieliśmy mało wolnego czasu. Zorganizował nam na początek małą stróżówkę, aby było gdzie schować się przed deszczem. Pomógł przy budowie murków oporowych z dużych otoczaków, które obsadzone karłowymi krzewami tawuły, utworzyły dwa półokrągłe klomby.  Jeden z nich porastają różne odmiany wrzosów, a na drugim króluje konwalia i karłowe jałowce o sinoniebieskim odcieniu. Również własnym transportem, sprowadził kilka dużych głazów na ogródek skalny, z różnymi odmianami rozchodników, anemonów, dąbrówki i z dzwonkami karpackimi. Z gospodarzami Danutą i Ryszardem Rzepeckimi jesteśmy do tej pory bardzo zaprzyjaźnieni.

Tak jak Nałkowscy, ja wraz z mężem musieliśmy wszystko robić sami. Urządzać i prowadzić nasadzenia  parkowej pociętej alejkami całości wymarzonego ogrodu, tworzących geometryczne linie przestrzenne. Realia przerosły naszą wyobraźnię, nie wszystkie nasadzenia pasowały do leśnego środowiska i słabej ziemi. Wkrótce zaczęły marnieć azalie i rododendrony, które są roślinami bardziej wymagającymi a my nie stosowaliśmy ochrony przed szkodnikami.

Jeszcze tej samej jesieni na górce stanął drewniany dom, postawiony przez miejscowego stolarza. I tu znów mamy podobieństwo z rodziną Nałkowskich, domy na górce. Stróżówkę, którą nazwaliśmy małym domkiem, stolarz połączył z nowym domem tarasami z trzech stron. Wiosną posadziliśmy pierwsze krzaki róż przy ścianie domu od strony południowej, i przez następnych kilkanaście lat, pieściły nasze oczy burzą purpurowych kwiatów, które pięły się do dwóch metrów wysokości. Przy najdłuższej alejce prowadzącej  od domu, posadziliśmy trzy lipy. Po zakupie sadzonek, w szkółce leśnej, na końcu działki od wschodu zasadziliśmy mały sosnowy zagajnik a tuż obok na łagodnym zboczu, kilka owocowych drzew starych odmian: papierówkę, antonówkę, śliwkę węgierkę, czereśnię i wiśnie łutówki.

Drzewa owocowe, również znajdowały się w ogrodzie państwa Nałkowskich.

Po kilku latach między domkami, które były usytuowane pod kątem prostym do siebie, powstało patio, utworzone ze stalowej konstrukcji i posadzonych wokół winogron. Teraz jesienią oczy nasze sycą grona zwieszające się nie tylko nad stołem, ale na całej powierzchni patio. Rozrośnięte już drzewa dają radość i latem upragniony chłód. Okazałe lipy i ich miododajne kwiaty są obiektem żerowania pszczół. Ciekawie prezentują się różnobarwne odcienie zieleni drzew i krzewów, jałowców płożących i tuj. Bardzo bujny, stary modrzew o monstrualnych rozmiarach  jest wspaniałym tłem dla krzewów kosodrzewiny.

A wzdłuż drogi od bramy aleja świerków serbskich, srebrnych i jodeł koreańskich utworzyła zaciszny kącik na popołudniową kawę i deser przy białym zestawie mebli ogrodowych. Taki posiłek na łonie natury smakuje szczególnie, gdy sama słodycz sączy się z zielonego kielicha przyrody. Serwis z fajansu zda się wtedy kryształem poranka, a zapach kwiatów, doda potrawom rumieńca i nawet puste filiżanki słońce wypełnia po brzegi.

Mój dom, podobnie jak Zofii Nałkowskiej dość długo, przez kilkanaście lat, stał samotnie na górce.  Przez ten czas z okien domu od strony południowej, gdzie był otwarty teren z rozległym widokiem na łąki, mogłam obserwować leśne zwierzęta zmierzające z lasu na górce po zboczu do leżącej w dolinie rzeki Wkry. Niesamowity był to widok, kiedy całe sarnie rodziny z gracją biegły rano do wodopoju a zające wyczyniały swoje harce na łąkach. Od strony północnej, od samego początku, mieliśmy sąsiadów. Basia i Staszek Czerbniakowie, mieli również działkę o leśnym charakterze, byli tu już od kilku lat. Ryszard Rzepecki w końcu obsadził pozostałą część swojego pola sadzonkami sosen i brzóz  i kiedy lasek nieco podrósł, znalazła się osoba chętna zakupić tę działkę. Mieliśmy wreszcie sąsiadkę Elę Magdziarz od strony południowej.

Czas leci nieubłagalnie. Leśny charakter działki daje obfitość grzybów i to szlachetnych. Borowik piaskowiec, maślaki i podgrzybki z „własnej hodowli”. Wpływ  na obecność grzybni na tej działce, mają liczne iglaki: świerki, jodły, jałowce z którymi w symbiozie współżyją grzyby.

Minęło już 25 lat od kiedy wrośliśmy w ten pejzaż leśno – parkowy. Pobyt na działce sprawia mi wiele radości, koi zmęczenie i daje cudowny relaks. Kocham swoją działkę, mam dla niej wielki sentyment i gdyby to było możliwe, całe lato spędzałabym w objęciach jej zielonych ramion, gdzie soczysta zieleń skoszonych traw władczo zapiera w piersi dech, a festiwal kwiecia poraża wonią zmysły.

Dom drewniany a szczególnie stary, ma duszę, on żyje. Drewno jest materiałem naturalnym, które pracuje cały czas. Wystarczy wieczorem, leżąc w łóżku, wsłuchać się jak deski na suficie pracują, tu skrzypnie, tam lekko trzaśnie w ścianie. Takie obserwacje miała również Zofia Nałkowska, przebywając w swoim domu. A cóż dopiero za urok roztacza płomień palącego się drewna w kominku, kiedy wczesnowiosenny lub jesienny chłód wciska się szczelinami do domu. A ja owinięta zaciszem domu, patrząc w płomień, oddaje się marzeniom i wtulam twarz w rude poncho jesieni. Nie trzeba mieć duszy romantyka, żeby poczuć urok tych drewnianych domów.

Z ciężkim sercem zawsze wyjeżdżam z działki, to tak jak bym rozstawała się z kimś bliskim a wracałam do niej niemal na skrzydłach, bo to jest prawdziwa przystań życiowa.

To jest dom, gdzie pisze się kawałek mego życia.

Dlatego rozumiem miłość Zofii Nałkowskiej do jej domu nad łąkami, bo takim samym uczuciem darzę swój dom na działce.

Podobnie jak pisarka uważam, że wraca się tam, gdzie zostało nasze serce.     

Leokadia Szczecińska – Michalak
Warszawa, wrzesień 2016 r.

Share
2017  Muzeum Nałkowskich  globbersthemes joomla template