background
logotype
image1 image2 image3

Górki jak legenda

 

Po stu latach

Po deszczach upartych Górki na nowo są piękne.

(Z. Nałkowska, Dzienniki II, s. 453)

Górki Wołomińskie przetrwały w postaci szczątkowej, przekopane dookoła, otoczone siecią przecinających się ścieżek leśnych, z których większość – poszerzona – ma już swoje nazwy i nawierzchnię asfaltową. Historia domu – dzisiaj Muzeum im. Zofii i Wacława Nałkowskich sięga roku 1895. Co w nim stare i autentyczne? Pewnie niewiele z elementów architektury – pokrycie dachu, stolarka okienna są z czasem wymieniane na nowe, niekoniecznie identyczne, ale przynajmniej nieburzące konwencji stylowej. Nie zachowały się w okolicy tradycyjne domki i drewniane wille budowane dla letników. Studnie z żurawiem to wspomnienie okresu międzywojennego. W okolicy, zwłaszcza w kierunku lasu, rozrosły się chaotycznie całe osiedla okazałych domów „dworkowej” lub niekiedy „pałacowej” architektury, między którymi rowy melioracyjne wypełnione są stertami podrzucanych ukradkiem śmieci. Stare drzewa, ocalałe cudem na terenie osiedla, nie są obiektem dumy i troski okolicznych mieszkańców, a raczej zawalidrogą przeznaczoną do likwidacji. Ścieżka oddzielająca łąki od lasu to rozjeżdżona arteria, szeroka jak Marszałkowska, na której nie pozdrawiają się spacerowicze, bo nikt nikogo tu nie zna, a turystyczne pozdrowienie (lub choćby uśmiech na szlaku) nie jest praktykowane w tych rejonach. Dawne łąki, osuszone, są już w większości zabudowane. Zniknęły błota i torfowiska, a wraz z nimi kaczeńce, opisywane w „Domu nad łąkami” jako „ukochany kwiat dzieciństwa”.

 

Plątanina kabli, przeciąganych prowizorycznie na potrzeby nowych posesji, zmienia krajobraz nieba. Znamieniem „miejskości” są krzykliwe reklamy, umieszczane po obu stronach drogi przy wjeździe do Wołomina – jest wśród nich skromna tablica: Muzeum. Składy budowlane, hurtownie, stacja benzynowa z całym zapleczem myjni i warsztatu samochodowego to najbliższe otoczenie dawnych Górek. Przebija się pionowo maszt z antenami sieci komórkowej. Banalnym uzupełnieniem krajobrazu industrialnego sąsiedztwa będzie restauracja sieci Mc Donald’s. To tam zapewne skierują się hałaśliwe wycieczki uczniów, przybywające z okolicznych miejscowości autokarami. Trudno odszukać oznakowanie zielonego szlaku, służącego zapomnianej pieszej turystyce. Tą drogą dotarła pewnego lata, do niedawno otwartego muzeum, piesza wycieczka, prowadzona przez przewodników PTTK z Warszawy. Uczestnicy mieli jeszcze przed sobą zwiedzanie zabytkowego kościoła w Kobyłce. Ktoś moczył nogi w miednicy wyniesionej z domu na schody. Do historii domu Nałkowskich dodawali swoje historie – średnia wieku 65 lat. Młodzi docierają tu na rowerach, ale na chwilę, bo ścieżki rowerowe się tu kończą lub jeszcze nie zaczęły.

Genius loci

Są te Górki zaczarowanym jakimś miejscem, gdzie życiu memu staje się dobro.

(Z. Nałkowska, Dzienniki II, s. 437)

Jednak po dawnemu ziemia tu pachnie mchem i grzybnią i co roku odradzają się zdziczałe odmiany lilaków, wśród nich – najbliższy domu – zapomniany bez turecki. Strefa cienia sprzyja przetrwaniu roślin parkowych – barwinka, bluszczu, konwalii i fiołków. Strefa słońca odsłania piękne gatunki miękkich traw, rzadkie już wrzosowisko i ciepłolubne akacje. Zaglądają tu stale wiewiórki, harcujące przez chwilę wokół domu między sosną, klonami i kępą leszczyn po stronie zachodniej. Rozgrywają się regularne ptasie bitwy między wronami gniazdującymi na najwyższych konarach a krzykliwymi srokami, bezczelnie walczącymi o swoje miejsce w rozbójniczym stylu. Na odludnej górce, w ostoi drzew, w ciepłe noce majowe śpiewa słowik, płochliwy i rzadki już gość w miejskich ogrodach. Późną wiosną, bywało jeszcze niedawno, pojawiał się zjawiskowo ubarwiony bażant, krótkim krzykiem obwieszczający porę godów.

Temu miejscu Zofia Nałkowska poświęciła swoją niewielką książkę „Dom nad łąkami”, sygnowaną datą 1924 roku. Rzadko świadomość zakorzenienia duchowego w konkretnej okolicy („na tej ostatniej górce leśnej nad łąką”) bywa tak dobitnie określona. Dom oraz jego otoczenie przyrodnicze i ludzkie są tu przestrzenią o specjalnym znaczeniu, przeczuwanym od początku: „Pierwszy raz w życiu szliśmy drogą piaszczystą, idącą ode wsi wśród łanów żółtego łubinu, w stronę najbliższego lasu – nic o tym nie wiedząc, że tam w jego głębi czeka już nas owo miejsce jedyne, miejsce, które musi mieć każdy, aby myśleć, że tam umrze.” Ta refleksja krystalizowała się stopniowo, do momentu, gdy pisarka była dojrzałą czterdziestoletnią kobietą, zatem opowieść o domu rodzinnym w Górkach Wołomińskich stała się wyrazem i potwierdzeniem własnej duchowej odrębności autorki. Świat „domu nad łąkami” ją ukształtował; był sferą pierwszych życiowych obserwacji, a dom – punktem stałego odniesienia. To tu dokonywała się pierwsza konfrontacja własnej egzystencji z drogą życia prostych ludzi z sąsiedztwa. Te zwyczajne historie po latach odsłaniały wstrząsającą nieuchronność i grozę losu w jego filozoficznym wymiarze.

Klimat swojego dzieciństwa Nałkowska porównuje do atmosfery skandynawskiej powieści: „Był dom, był las, trochę zwierząt – a poza tym już tylko psychologia.” Spotkania z naturą dziecięca psychika i wrażliwość odbierała jako „zdarzenia doniosłości niezmiernej”. Źródło fascynacji: obraz wielkiego kamienia leżącego na dnie rowu z wodą, z brzegami porośniętymi sitowiem. Uroczyste chwile: moment zakwitania sasanek wczesną wiosną w ogrodzie, pierwsze bazie wierzbowe, kwitnienie zawilców w lesie i kaczeńców na podmokłych łąkach. Zdziwienia: rozmowy o zającu, wiewiórce, kijankach, larwach łątek. Obserwacje: konik polny chodzący po stole przy jedzeniu. Zabawy: plecionki z sitowia, naszyjniki z jarzębiny, „indiańskie” pióropusze, szałasy z gałęzi.

Wspominając szczęśliwe dzieciństwo – swoje i siostry – Zofia Nałkowska unika sentymentalnej maniery. Jeśli w opowieści o Górkach znalazły się momenty patosu (piękna apostrofa do domu), to są one częścią głębszej refleksji o przemijaniu spraw, ludzi i rzeczy. Dom w Górkach Wołomińskich,

Estetyka japońska

Deszcz, który się sypie. Z boku oświetlony słońcem.

(Z. Nałkowska, Dzienniki II, s. 147)

Uważna lektura „Dzienników” Nałkowskiej – zwłaszcza z „epoki Górek” – prowadzi do odkrycia uderzającego powinowactwa duchowego z autorami tradycji literatury japońskiej. Typ wrażliwości pisarki, objawiający się poprzez sposób utrwalania przelotnych obserwacji, spostrzeżeń i myśli, zwłaszcza dotyczących stosunku do przyrody, jest tak samo subtelny i skupiony na łączeniu całej sfery intelektualno–towarzyskiej z estetyczną kontemplacją. Swoistą manifestacją takiej postawy jest zapis z „Dzienników” z 1917 roku: „Treścią upodobań moich to jednak jest zawsze estetyka myśli i życia. [...] Kocham świat własnych zdobyczy wewnętrznych, różnych delikatności i kontemplacji.” Poczucie i potrzeba piękna są obecne stale w osobistych notatkach Nałkowskiej i mają najczęściej charakter zwięzłej impresji, obejmującej refleksją stosunek do przyrody, ale także zwykłe sprawy codzienne, jak rozmowa, mieszkanie, ubiór, spędzanie wolnego czasu. Dostrzeganiu piękna towarzyszy melancholijny nastrój osoby świadomej ulotności urody świata zewnętrznego. Niebanalne połączenie piękna i smutku mieści się w kategorii estetycznej lacrimae rerum (smutek rzeczy), mającej japoński odpowiednik w pojęciu mono-no-aware. Czy tak należałoby interpretować sens apostrofy ‘do domu’ z książki „Dom nad łąkami”? Jest w niej konkretny piękny obraz, wartościowany emocjonalnie, któremu towarzyszy przeszywający smutek: „...domu drogi, gdzie nie ma już mnie, gdzie najbliżsi, w cudne letnie wieczory pod lampą wiszącą w tym za małym jadalnym pokoju, który tak wesoło wygląda z dołu przez gałęzie, gdy się wieczorem idzie drogą nad łąką – myślą może teraz o mnie i pamiętają – o, domu mój drogi, najlepsza, najbliższa łez tęsknota moja jest zawsze przy tobie!”

Melancholia wywołana zadumą nad kruchością i przemijalnością pięknych zjawisk natury poszerza perspektywę przeżywania: „Przez drzwi oszklone oglądam biernie cudne spektakle zachodnie. Ostatnie liście lecą z topoli, akacji i wierzb. […] Szaloną, rozdzierającą poczułam tęsknotę za takim ciemnym ranem jesiennym na Górkach, gdzie było smutno, samotnie i cudnie.”

W tradycyjnych źródłach japońskiej kultury nie ma złego gustu. Wynika to z zamiłowania do prostoty i niedopowiedzeń. Ważnym kryterium piękna jest nietrwałość. Taka postawa estetyczna ujawnia się szczególnie w upodobaniu Japończyków do kwiatów wiśni, których okres kwitnienia trwa niezwykle krótko. Podziwianie ich, zanim opadną, jest tym wartościowszym kontemplowaniem piękna, bo krótkotrwałym i bezpowrotnie przemijającym. Najtrudniej tak nazwać to doświadczenie, by obserwację natury odnieść do samego siebie z dyscypliną słowa. Nałkowska intuicyjnie wybiera taką formę ekspresji w swoich licznych „przystankach medytacyjnych” (określenie Hanny Kirchner) związanych z krajobrazem: „Ostatnie dni bardzo zimne. Na rozpękłe bzy, trawę zieleniejącą i łąkowe kaczeńce spada raz po raz zadymka śniegowa, a po chwili, gdy słońce oświeci tę biel na wątłych szmaragdach i fioletowych gałązkach, wydaje się wszystko jak na obrazkach japońskich. […] A dziś jest znowu wiosna, chociaż chłodna. Sadzenie kwiatów i z tarasu patrzenie na łąkę, oświetloną na złoto, różowo i fiołkowo przez dalekie zza góry słońce zachodnie. To są wszystko radości moje ...” (Górki, 15 IV 1912)

Wyrafinowanie estetyczne w duchu japońskim przejawia się w sposobie interpretacji naturalnego piękna. Kwiaty są doceniane nie ze względu na ich rzadkość, a raczej jako zwiastuny nadchodzących pór roku: „Czereśnie kwitną. […] Zieleń jasna w całej przestrzeni okien – i ten zamęt kwiatów, różowych i białych w dole i złotych już na łące. Na biurku duży pęk narcyzów […]. Jestem może szczęśliwa.” (Górki, 28 IV 1914)

Wycieczki w celu oglądania kwiatów i drzew, zwłaszcza w fazie strojnego rozkwitu lub kolorystycznej atrakcyjności (wiśnie i śliwy wiosną, klony jesienią) to przyjemność celebrowana do dziś w Japonii. Podobnie realizowana potrzeba obserwacji natury znalazła się w „Dziennikach”: „Wczoraj miałam takie śliczne popołudnie. Poszliśmy gromadą obejrzeć starą wielce i dziwną topolę, rosnącą na drodze do Strugi. Ma jakieś olbrzymie narośle, daje się objąć w siedem osób i większość konarów ma uschłych. Ale pień od samego dołu pokryty jest drobnymi, zielonymi gałązkami, tak że drzewo całe podobne jest do okrągłej baszty, oplecionej bluszczem.” (Górki, 9 X 1914)

Są w świecie miasta jak Edo (starodawna nazwa Tokio), utrwalone na starych sztychach w całej krasie ich otoczenia krajobrazowego. Punktami orientacyjnymi pozostają w tych pejzażach miejskich dwie góry: bliższa – Tsukuba i, oddalona o sto kilometrów na południowy zachód, piękna Fuji. Widok na każdą z nich to nieustające źródło inspiracji dla artystów. Są wśród nich autorzy miniatur i drzeworytów, a także poeci z tradycji haiku. Widok odwrócony – z góry na okolicę – może wywoływać równie bogate estetyczne emocje jak ten, utrwalony w „Domu nad łąkami”. I nie ma znaczenia, że skala nie ta i

tradycja nie tak szacowna: „Z góry, ponad rozrosłymi drzewami sadu widać jeszcze tu i ówdzie jasnozielone trójkąty łąki, zalane słońcem. Pod lasem w dali stoją kopki siana. Bliżej, gdzie zieleń jest dziwnie równa i gładka, pasą się krowy. […] Gdy tak patrzę z góry, oba dęby, brzozy, osiny i olchy, rosnące nad łąką, wydają się nie takie duże. Jedne sięgają do lasu na horyzoncie, inne wierzchołkami wchodzą na niebo, a inne dochodzą tylko do połowy łąki. A pnie mają schowane za koronami czereśni, grusz, jabłoni.”

Każdorazowy wyjazd w dalsze i bliskie okolice potwierdzał stan oczarowania ukochanym miejscem: „Był wieczór i Górki wydawały się odwykłym oczom tak piękne, jak legenda.” (Górki, 3 X 1914)

Sen o Górkach

Na ocalałej skarpie przy domu Nałkowskich jest miejsce widokowe, skąd fruwają wiosną w ciszy natury latawce. Zamiast czołgu stoi wśród traw kamienna rzeźba. To słynne kozy pana Dziobaka, utrwalone na kartach książki Nałkowskiej. Szczególnie ta mniejsza budzi zainteresowanie. Dzieci przychodzą je głaskać – na szczęście. Nad stawem, nieopodal domu, powstaje z inicjatywy mieszkańców miasta mały ogród botaniczny. W muzeum dziś będą ogłoszone wyniki dorocznego konkursu poezji haiku.

Wołomin, jesień 2012

 

Share
2017  Muzeum Nałkowskich  globbersthemes joomla template